Aby przeżyć alpejską przygodę z najwyższej półki wcale nie trzeba jechać do dalekich alpejskich krajów jak Włochy, Francja czy Szwajcaria. Wyjazd do Austrii to znacznie bliższa i krótsza eskapada, a porcja wrażeń z pewnością nie będzie mniejsza. Walory sportowo – treningowe również.

Wyjazd na Grossglockner to świetny sposób na początek przygody z alpejskimi szczytami dla doświadczonych turystów górskich. Wspinaczka na Grossglockner zapewni mnóstwo przeżyć, fantastycznych widoków i smak prawdziwej wysokogórskiej wyprawy!

Grossglockner należy do Korony Europy. Jest jednym z najtrudniejszych zaliczanych do niej szczytów. Zatem każdy, kto pretenduje do tytułu zdobywcy najwyższych szczytów wszystkich krajów kontynentu, musi postawić stopę także na Grossglocknerze.

Fot. Aleksandra Dzik

Ambitna wyprawa

Grossglockner to najwyższy szczyt Austrii. Jego wysokość to 3798 m n.p.m. Znajduje się w Glocknergruppe, podgrupie górskiej Wysokich Taurów, które z kolei zaliczane są do Alp Centralnych. Grossglockner to drugi co do wybitności szczyt Alp. Duże przewyższenie sprawia, że choć niższy od wielu popularnych alpejskich szczytów, Grossglockner zapewnia nie mniejszą dozę górskich przeżyć. A czasem nawet większą.

Wspinaczka na Grossglockner to doskonała okazja aby doskonalić poruszanie się w rakach, z czekanem i w zespole linowym w trudnym i eksponowanym terenie. Trudnym i eksponowanym, ale zarazem bezpiecznym dzięki sztucznym punktom asekuracyjnym, dzięki którym wspinaczka granią na szczyt stanowi wyzwanie ambitne, ale nie nadmiernie ryzykowane. Wejście na Grossglockner to także doskonała okazja do treningu kondycyjnego.

Górne partie Grossglocknera to także doskonała okazja do ćwiczenia psychicznego radzenia sobie z ekspozycją. Jednak dla osób z lękiem wysokości zdecydowanie nie jest to dobry pomysł na walkę ze swoją fobią. W razie psychicznej blokady nie jest łatwo takiej osobie pomóc, a inne zespoły nie mają jak jej minąć. Dlatego wybierajmy się na Grossglockner dopiero gdy jesteśmy pewni, że silnego lęku wysokości ani lęku przestrzeni nie mamy. Można to sprawdzić choćby chodząc po Tatrach.

Fot. Aleksandra Dzik

Nieco historii

Stopień trudności najłatwiejszej drogi na Grossglockner, którą wspinamy się na szczyt, określany jest na PD+ gdzie PD oznacza „nieco trudno”. Wierzchołek główny pierwszy raz zdobyty został 28 lipca 1800 roku. Natomiast pierwszego polskiego wejścia na Grossglockner dokonał Ludwik Chałubiński z przewodnikami w 1884 lub 1885 roku.

Na charakterystyczny kształt szczytu Grossglocknera, przypominającego piramidę, składają się dwa wierzchołki – Grossglockner oraz Kleinglockner. Rozdziela je mała, wąska przełęcz nazywana Glocknerscharte.

Na szczycie Grossglocknera znajduje się krzyż o masie 350 kg, zwany cesarskim. Został on ustawiony w 25. rocznicę ślubu Franciszka Józefa I z Elżbietą Wittelsbach, bardziej znaną zdrobniałą formą imienia: Sissi. Krzyż wniesiony został na szczyt w częściach i tam zmontowany.

Fot. Aleksandra Dzik

Wspinaczka

Naszą przygodę rozpoczynamy w małej wysoko położonej miejscowości Kals am Grossglockner. Jak sama nazwa wskazuje, leży ona u samych stóp góry. Tam spotykamy się na campingu.

Pierwszy dzień poświęcamy na regenerację po podróży. Bywa jednak, że w przypadku zbliżającej się niepogody plan trzeba przyspieszyć i już tego dnia, lekko niedospani, wychodzimy do schroniska Stuedlhuette.

Standardowo jednak do Stuedlhuette idziemy dopiero kolejnego dnia. W zależności od sezonu i tego, który z obiektów jest w danym okresie roku otwarty, nocujemy albo w głównym schronisku, albo w pełniącej funkcję schronu bezobsługowego klimatycznej drewnianej chatce z piecem, meblami, a nawet toaletą wewnątrz budynku. Staramy się dotrzeć na miejsce wcześnie, aby zrealizować jeszcze wyjście aklimatyzacyjne oraz wcześnie położyć się spać.

Kolejny dzień jest najważniejszym dniem wyprawy. Atak szczytowy rozpoczynamy wcześnie rano. W zależności od prognoz pogody praz warunków śniegowych i tego, czy trasa jest przetarta, możemy wyruszyć o około piątej, a możemy też i o trzeciej rano. Sam atak trwa czasem siedem godzin, a czasem ponad 12. Wiele zależy od pogody, ale też od ilości turystów. Przy dobrej pogodzie bywa ich sporo, zwłaszcza jeśli okno pogodowe jest krótkie. Wtedy ze względów bezpieczeństwa nie ma co się przepychać w eksponowanych miejscach, lepiej czasem poczekać i przepuścić inne zespoły. Dlatego paradoksalnie czasem najwięcej czasu zajmuje wejście przy pięknej pogodzie. Ale za to wracamy wówczas niezbyt zmęczeni, za to bogaci we wspomnienia i widoki uwiecznione w zdjęciach i filmach.